Anna Michalczuk-Podlecki

Przewrotna baśń dla dorosłych jak w kropli bursztynu pokazuje estońską duszę. Powieść, która jest z jednej strony bardzo specyficzna, a z drugiej bardzo uniwersalna: o poszukiwaniu siebie pomiędzy dwoma światami.

— Anna Michalczuk-Podlecki, tłumaczka z języka estońskiego

Estoński realizm magiczny. Powieść Andrusa Kivirähka Człowiek, który znał mowę węży, wydana w Estonii w 2007 roku, bardzo szybko zyskała tam miano kultowej. Jej akcja toczy się w XIII wieku na ziemiach estońskich, zamieszkiwanych przez plemiona ugrofińskie i kolonizowanych w tym okresie przez krzyżowców. Bohaterem opowieści jest Leemet, jeden z ostatnich mieszkańców pierwotnego lasu i ostatni, który potrafi rozmawiać z wężami (ważny motyw w estońskim folklorze). Jego marzeniem jest odnaleźć kryjówkę zapomnianego Północnego Gada, tymczasem coraz częściej drogi chłopca krzyżują się z mnichami i rycerzami zza morza, oraz z tymi, którzy opuścili las i na wzór cudzoziemców osiedlili się we wsiach i zaczęli uprawiać ziemię. Konfrontacja rozgrywa się na planie realnym i symbolicznym; ceną porzucenia jedności z przyrodą i „postępu” okazuje się samotność. Powieść gorzko-ironiczna, w której specyficzny humor, a niekiedy liryzm, miesza się z tragicznymi losami bohaterów. To nie tylko powieść historyczna – choć rzeczywiście w XIII wieku ziemie estońskie padły ofiarą kolonizacji krzyżowców – więc nie patrzcie zbytnio autorowi i tłumaczce na ręce, że w tamtych czasach nie było jeszcze „Estończyków”, „Niemców”, „narodu” albo „mody”, a Homo erectus wyginął dużo wcześniej. Nie jest to także tekst mający być tylko aluzją polityczną, choć rzeczywiście po odzyskaniu niepodległości przez Estonię u progu lat 90-tych sporo się w niej dyskutowało, kto zasługuje na miano „prawdziwego Estończyka”. Nie jest to także wyłącznie powieść fantasy, bo przecież nie za sprawą magii ludzie mogli kiedyś rozmawiać z wężami i syczeniem przywoływać na zabicie łosie i zające. Musieli się tego po prostu nauczyć. I to nie czary sprawiały, że kobiety zakochiwały się w niedźwiedziach…

W nagraniu audio tłumaczka opowiada o własnej pracy nad przekładem powieści historycznej Andrusa Kivirähka osadzonej w czasach podboju ziem estońskich przez zakon krzyżacki, a także wyjaśnia, dlaczego estoński i fiński to najbardziej równościowe języki na świecie.

Fragment książki Andrusa Kivirähka Człowiek, który znał mowę węży…

      Egama enam kuigi sageli väljas käi, vast nii korra nädalas tõusen maa peale, lähen allikale, toon vett.Pesen ennast ja oma kaaslast, nühin ta kuuma keha. Vett kulub palju, mitu korda tuleb allikal käia; aga et ma tee peal kohtaks kedagi, kellega sõna juttu saaks vesta, seda juhtub harva.Enamasti pole mitte hingelistki, paar korda olen trehvanud mõnda kitse või metssiga. Kartlikuks on nad muutunud, pelgavad mind juba lõhnast. Kui ma sisistan, siis tarduvad paigale, jõllitavad mind juhmakalt, aga ligi ikka ei tule. Põrnitsevad otse kui ilmaimet – inimene, kes mõistab ussisõnu! See ajab neile veelgi suurema hirmu peale, hea meelega hüppaks nad pea ees võssa, annaks jalgadele valu ja põgeneks sellise imeliku värdja juurest võimalikult kaugele – aga ei tohi. Sõnad keelavad. (…)

      Kord juhtus siiski teisiti. Olin just allikalt tulemas, raske veelähker õlal, kui nägin korraga suurt põtra oma teel. Sisistasin sedamaid lihtsaimad sõnad, tundes juba ette põlastust põdra kimbatuse üle. Aga põder ei kohkunud, kuuldes ootamatult inimlapse suust ammu unustatud käsusõnu. Ta langetas hoopis pea ja tuli kiiresti minu juurde, laskis end põlvili ning paljastas alandlikult kaela, just nagu neil vanadel aegadel, mil me endile sel kombel kõhutäidet muretsesime, et põdrad enda juurde tapale kutsusime. Kui sageli olin ma väikese poisina näinud oma ema sel viisil meie perele talvevarusid hankimas! Ta valis suurest põdrakarjast välja kõige sobivama lehma, kutsus enda juurde ja lõikas siis ussisõnadele alistunud loomal kerge vaevaga kõri läbi. Täiskasvanud põdralehmast jätkus meile tarveks talveks. Kui naeruväärne tundus meie lihtsa toiduhankimise mooduse kõrval külainimeste nõme jaht, kus ühte põtra pikki tunde taga aeti, hulk nooli huupi võssa läkitati ja seejärel ikkagi üsna sageli paljaste kätega ning pettunult koju mindi. Oli vaja ju vaid paari sõna, et põder enda voli saada! Nagu praegugi. Suur ja tugev põder lesis minu jalge ees ja ootas hoopi. Ma oleksin võinud ta ühe käeliigutusega surmata. Aga ma ei teinud seda. Selle asemel võtsin ma õlalt lähkri ja pakkusin põdrale juua. Ta lakkus vaguralt. See oli vana pull, päris vana – pidi olema, sest muidu poleks ta mäletanud, kuidas peab käituma üks põder, kui inimene teda kutsub. Ta oleks rabelnud ja rapsinud, püüdnud kas või hammastega puulatvadest kinni hoida, samal ajal kui iidne sõnajõud teda minu poole kisub, oleks tulnud nagu narr, kuna ta nüüd tuli nagu kuningas.

      Sellest pole midagi, et ta tuli tapale. Ka seda peab oskama. On selles siis midagi alandavat, kui alistutakse muistsetele seadustele ja kommetele? Minu meelest mitte. Me ei tapnud ühtegi põtra lõbu pärast – mis lõbu sellest teost ikka leida võib? Meil oli vaja süüa, toidu hankimiseks oli olemas sõna ja seda sõna tundsid ka põdrad ning kuuletusid sellele. Alandav on kõik unustada, nagu need noored metssead ja kitsed, kes sõnu kuuldes põiena lõhkevad. Või külainimesed, kes käisid kümnekesi püüdmas ühte põtra. Lollus on alandav, mitte tarkus.

      Ma jootsin seda põtra ja silitasin ta pead ning tema nühkis oma koonu vastu mu vammust. Vana maailm polnud veel siiski päriselt kadunud. Ni kaua, kuni elan mina, nii kaua, kuni elab see vana põder, mäletatakse ja tuntakse siin laanes veel ussisõnu.

      Ma lasin põdral minna. Elagu ta veel kaua. Ja mäletagu.

…w przekładzie Anny Michalczuk-Podlecki

 

      Coraz rzadziej wychodzę. Raz na parę dni wydostaję się na zewnątrz, przynoszę wodę ze źródła. Myję siebie i mojego towarzysza, szoruję jego gorące cielsko. Wody trzeba dużo i wiele razy muszę iść do źródła, ale raczej się nie zdarza, bym zamienił z kimś słowo po drodze. Ani żywej duszy, czasem tylko natknę się na sarnę lub dzika. Zrobiły się strachliwe, boją się już samego zapachu. Gdy na nie syczę, stają dęba i gapią się na mnie tępo, ale się nie zbliżają. Wpatrują się we mnie jak w wybryk przyrody – człowiek, który zna mowę węży! Sierść jeży się im na grzbietach, najchętniej skoczyłyby w krzaki i popędziły z kopyta, by uciec od tego odmieńca jak najdalej – ale nie mogą. Słowa zabraniają. (…)

      Pewnego razu stało się inaczej. Wracałem znad źródła z ciężką beczką wody na ramieniu, gdy na ścieżce ujrzałem olbrzymiego łosia. Wysyczałem najprostsze słowa, aby zawczasu okazać mu pogardę. Lecz on, słysząc z ludzkich ust dawno zapomniane zaklęcia, nie przestraszył się. Opuścił łeb, pospieszył ku mnie truchtem, padł na kolana i z poddaniem obnażył kark, jak wówczas, dawno temu, gdy tak właśnie dbaliśmy o nasze żołądki – przywołując łosie na zabicie. Jakże często jako chłopiec widziałem moją matkę, która w ten sposób zdobywała zapasy na zimę! Wybierała z dużego stada najodpowiedniejszą łoszę, wołała do siebie i z łatwością podcinała gardło zwierzęciu, bo poddawało się jej sykom. Mięsa dorosłej samicy starczało nam aż do wiosny. Jak bardzo śmiechu warte wydawały się nam polowania ludzi z wioski, gdy długimi godzinami pędzili jednego łosia śląc na oślep strzały w krzaki, a często po wszystkim wracali zawiedzeni z pustymi rękami do domu. U nas było to takie proste. Potrzebowaliśmy tylko paru słów, by zwierzę przyszło z własnej woli! Jak teraz. Potężny łoś leżał przede mną i czekał na cios. Mógłbym pozbawić go życia jednym ruchem ręki. Ale tego nie zrobiłem.

      Zdjąłem za to z ramienia beczkę i dałem mu wody. Chłeptał potulnie. To był stary byk, naprawdę stary – musiał być, skąd inaczej by wiedział, jak ma się zachować, gdy woła go człowiek. Mógłby stawiać się i wierzgać lub choćby chwytać zębami gałęzie, gdy pradawna siła ciągnęłaby go w moją stronę. Mógłby przyjść do mnie jak błazen, a przyszedł jak król. Cóż z tego, że na zabicie. I to trzeba umieć. Czy w poddaniu się takiej mocy jest coś poniżającego? Według mnie nie. Nigdy nie zabiliśmy łosia dla przyjemności – jaka w tym w ogóle przyjemność? Musieliśmy jeść. Na zdobycie jedzenia było słowo, a słowo znały łosie i go słuchały. Poniżające jest je zapomnieć, jak zapomniały młode dziki i jelenie, którym na dźwięk mowy węży pękają brzuchy. Lub ludzie z wioski, którzy w dziesięciu idą na jedno zwierzę. Głupota jest poniżająca, nie mądrość.

      Napoiłem tego łosia, pogłaskałem go po łbie, a on potarł chrapami o moje okrycie. Dawny świat nie przepadł bez reszty. Póki żyję ja, póki żyje ten stary łoś, nie zapomniało się jeszcze w puszczy mowy węży.

      Pozwoliłem mu odejść. Niech jeszcze długo pożyje. Niech pamięta.

O tłumaczce

Anna Michalczuk-Podlecki (ur. 1979) – tłumaczka literatury estońskiej, opolanka, absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, doktor nauk humanistycznych, członkini Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Często powraca do swojego ulubionego kraju: na dłużej, gdy studiowała tam w ramach wymiany akademickiej i pracowała jako lektorka języka polskiego na Uniwersytecie w Tartu, i na krócej, gdy odwiedza przyjaciół i estońskie księgarnie. Przełożyła z języka estońskiego esej Jaana Kaplinskiego (Ojcu, wyd. Pogranicze) oraz – z literatury dziecięcej – twórczość takich autorów jak Piret Raud (Księżniczki nieco zakręcone; Historie trochę szalone; Ja, mama i nasi zwariowani przyjaciele; wyd. Finebooks), Anti Saar (Ja, Jonasz i cała reszta, wyd. Widnokrąg), Andrus Kivirähk (Oskar i rzeczy, wyd. Widnokrąg), Reeli Reinaus (Żona dla taty!, wyd. Widnokrąg), Hilli Rand (Biały jak śnieg i czarny jak węgiel, wyd. Ezop) i Helena Läks (Sekretna kocia piekarnia, wyd. Ezop). W przygotowaniu nowe przekłady Andrusa Kivirähka, w tym powieść Tilda i kurzołek (dla wydawnictwa Widnokrąg), a także inne tytuły dla czytelników dorosłych oraz dzieci.


© Fotografia Anny Michalczuk-Podlecki: Jonas Podlecki; autor filmu: Art Mtalski (Instagram)