Bogusława Sochańska

Janina Katz była największą ambasadorką kultury polskiej w Danii. Zająwszy się twórczo literaturą, zaczęła przekładać, głównie poezję. Gdyby nie ona, Duńczycy nie poznaliby naszych największych poetów: Herberta, Miłosza, Szymborskiej, Różewicza, Lipskiej.

— Bogusława Sochańska, tłumaczka z języka duńskiego

Powieść Janiny Katz Chłopiec z tamtych lat opowiada o losach marcowych emigrantów, o ich próbach zapuszczenia korzeni, o samotności i szukaniu swojego miejsca. 63-letnia Ania wspomina swoje życie. Po wojnie wzrastała w Krakowie, w 1969 roku – podobnie jak autorka – wyjechała na Zachód. Nieudana próba radzenia sobie w Niemczech kończy się wyjazdem do Danii, dokąd zaprasza ją tytułowy „chłopiec z tamtych lat”: Joachim, przyjaciel z dzieciństwa. Joachim radykalnie odcina się od swoich korzeni, upodobań i pasji, na siłę próbuje stać się Duńczykiem. Ania – przeciwnie, pozostaje outsiderką i uparcie wraca do przeszłości. W Polsce książka Chłopiec z tamtych lat ukazała się w przekładzie Bogusławy Sochańskiej w 2020 roku nakładem wydawnictwa Driada.

W nagraniu audio tłumaczka opowiada o własnej przyjaźni z autorką, jej twórczości literackiej oraz wielkiej roli, jaką spełniła w promowaniu polskiej kultury.  

Fragment książki Janiny Katz Chłopiec z tamtych lat…

Han dukker op fra et sort hul i jorden. Med hænderne på ribbenene, der stikker frem af hans mudderdækkede krop. Han åbner øjnene og lukker dem hurtigt igen. Det er halvlyst. Han aner ikke, hvem han er, hvor han er henne, hvor han kommer fra. Han ved ikke, hvem der har født ham og hvornår. Men han husker sit navn.

            Sådan forestiller jeg mig det.

            Senere vil han fastholde, at han blev født den 9. maj 1937. Eller var det den kvindelige pædagog i det jødiske hjem for forældreløse børn, som havde taget ham under sine vinger, der havde fundet på det? Han forblev, det fandt jeg senere ud af, trofast over for hende. Ligesom han til det sidste forblev trofast over for Linda. Og mig.

            Vi var holdt op med at være venner. Vi kunne ikke klare forskellene; han havde sit perfekte liv, jeg blev møjsommeligt ved med at lede efter blot en del af det, han for længst havde fundet. Hvilken del vidste jeg ikke. Og meget tyder på, at jeg ledte de forkerte steder.

            Lad mig kalde ham Joachim, selvom hans rigtige fornavn var langt mindre højtideligt. Var han intelligent, flot og begavet? Flot og begavet? Ja. Intelligent? Nej. Der var noget i ham, der mindede om de i grunden primitive unge talmudister fra østeuropeiske landsbyer. Han var lige så primitiv, som han var beåndet.

            Humoristisk sans havde han ikke, men han var munter. Engang så jeg ham slå kolbøtter, men det var af fuldskab og glæde.

            Det, der irriterer mig mest, er, at jeg ikke engang kan tillade mig at skrive om ham, som han var; at jeg af hensyn til hans pårørende er nødt til at ændre hans oprindelige lidenskab, kønnet på hans fire børn, grunden til hans skilsmisse.Og jeg må sende ham til Afrika, hvortil han skal rejse sammen med sin hustru og deres små børn, og i det hele taget ændre på mange andre detaljer. Altimens jeg har på fornemmelsen, at hvis de såkaldte pårørende engang ville ulejlige sig med at læse min historie, ville de alligevel genkende den, og måske også sig selv. Og i tilfælde af at de kom til at følge sig forurettede, ville jeg hilse og sige, at det ikke ragede mig en pind. Så vred er jeg på dem.

            Jeg savner ham ikke. Jeg har aldrig savnet ham. Gad vide, om andre mennesker har det på samme måde med ham som jeg? Man elskede ham, han var godheden selv, men han havde ikke evnen til at vække længsel, ikke engang glæden ved gensynet.

            En dag fandt jeg et fuglehoved på hans grav. En kendsgerning, ikke et symbol. I begyndelsen overvejede jeg – af lutter æstetiske grunde – at forbigå denne lille, fuldstændig ubetydelige detalje. Livet, virkeligheden, overgår altid, eller i det mindste ret ofte, kunsten og dens symbolik. Skulle jeg også tage hensyn til det? Til noget så bagatelagtigt som kunstens regler? Selvfølgelig skulle jeg det. Men jeg orker det ikke. Noget inde i mig siger: Lad det fuglehoved deltage i historien. Så meget mere som det, der til sidst var sket for ham, enden på hans korte og alt for uopfyldte liv, på trods af datoen på gravstenen heller ikke var symbolsk.

            Der lå jo ikke andet den dag på hans grav. Kun et fuglehoved. Temmelig stort. Ellers var gravstedet tomt; ingen blomster, ingen småsten. Den fraskilte enke og deres fire sønner besøgte aldrig graven. En af dem havde dog engang plantet skovhindbær på den grusede jord. Og en sommer, længe efter hans død, spiste jeg to af dem. De var store og meget søde. Det føltes en smule blasfemisk. Det var en meget varm eftermiddag. Der var så stille ved gravstedet, som om selve luften, på denne årstid fyldt med dufter og planternes hørlige voksen, forsvandt. Som om han ikke havde efterladt sig noget som helst. Ikke engang en fugls piben.

…w tłumaczeniu Bogusławy Sochańskiej

Wyłania się z wielkiej dziury w ziemi. Z rękami na żebrach widocznych pod oblepioną błotem skórą. Otwiera oczy i szybko znów je zamyka. Jest szaro. Nie ma pojęcia, kim jest, gdzie jest, skąd pochodzi. Nie wie, kto go urodził i kiedy. Ale pamięta swoje imię.

            Tak to sobie wyobrażam.

            Później będzie utrzymywał, że urodził się dziewiątego maja 1937 roku. A może wymyśliła to pedagog, która wzięła go pod swoje skrzydła w żydowskim sierocińcu? Jak później odkryłam, pozostał jej wierny. Podobnie jak do końca pozostał wierny Lidii. I mnie.

            Nie byliśmy już przyjaciółmi. Górę wzięły dzielące nas różnice; on miał swoje  perfekcyjnie urządzone życie, ja wciąż mozolnie, z uporem szukałam choćby części tego, co on już dawno znalazł. Jakiej? – Nie wiedziałam. I wiele wskazuje na to, że szukałam nie tam, gdzie trzeba.

            Nazwijmy go Joachimem, choć jego prawdziwe imię było znacznie mniej wyszukane. Czy był inteligentny, przystojny i utalentowany? Przystojny i utalentowany – tak. Inteligentny – nie. Było w nim coś, co przywodziło na myśl młodych, w gruncie rzeczy prymitywnych talmudystów ze wschodnioeuropejskich miasteczek. On sam był tyleż prymitywny, co uduchowiony.

            Poczucia humoru nie miał, ale był wesoły. Kiedyś widziałam, jak fika koziołki, robił to z radości, ale i dlatego, że był pijany.

            Najbardziej irytuje mnie to, że nawet nie mogę sobie pozwolić na opisanie go takim, jakim był, że ze względu na krewnych muszę zmienić jego najważniejszą namiętność, płeć jego czworga dzieci, powód rozwodu. 

            I muszę wysłać go do Afryki, dokąd pojedzie z żoną i małymi dziećmi, i w ogóle zmienić wiele innych szczegółów. A i tak mam przeczucie, że gdyby tak zwani krewni zadali sobie kiedyś trud przeczytania mojej opowieści, zorientowaliby się mimo wszystko i być może rozpoznali samych siebie. A jeśliby ich to dotknęło, powiedziałabym, że mam to w nosie – taka jestem na nich wściekła.

            Nie tęsknię za nim. Nigdy za nim nie tęskniłam, chciałabym tylko wiedzieć, czy inni żywią wobec niego takie same uczucia jak ja. Ludzie go kochali, był samą dobrocią, ale nie miał zdolności wywoływania tęsknoty, ani nawet radości ze spotkania.

            Któregoś dnia znalazłam na jego grobie głowę ptaka. To fakt, nie symbol. Początkowo zastanawiałam się czy – z czysto estetycznych względów – przejść nad tym drobnym, zupełnie pozbawionym znaczenia szczegółem do porządku dziennego. Życie i rzeczywistość zawsze – a w każdym razie dość często – przerastają sztukę i jej symbolikę. Czy to też mam brać pod uwagę? Coś tak nieistotnego jak reguły sztuki? Nie mam na to sił. Coś we mnie mówi: pozwól tej ptasiej głowie wziąć udział w opowieści. Tym bardziej że to, co przydarzyło się Joachimowi pod koniec jego krótkiego i jakże niespełnionego życia, mimo daty na kamieniu nagrobnym też nie było symboliczne.

            Bo tego dnia na jego grobie leżała tylko ta ptasia głowa. Dość duża. Poza tym nie było na nim nic, żadnych kwiatów, żadnych kamyków. Żona, z którą się rozwiódł, i ich czterej synowie, nigdy tam nie przychodzili. Któryś z nich zasadził jednak kiedyś w pokrytej grysem ziemi krzew leśnej maliny. I któregoś lata, długo po śmierci Joachima, zjadłam dwa owoce. Były duże i słodkie. Miałam niejasne wrażenie, że popełniam świętokradztwo. Było to pewnego gorącego popołudnia. Przy grobie panowała taka cisza, jakby znikło nawet powietrze nasycone o tej porze roku zapachami i odgłosami wzrastania roślin. Jak gdyby niczego po sobie nie pozostawił. Nawet świergotania ptaka.

O tłumaczce

Bogusława Sochańska – absolwentka filologii duńskiej na UAM, tłumaczka, autorka esejów poświęconych duńskiej literaturze i kulturze. Za najważniejsze w swoim dorobku uważa przekłady utworów H.Ch. Andersena i współczesnej poezji duńskiej, a także wprowadzenie do kultury polskiej prozy i poezji Janiny Katz. Laureatka m.in. Duńskiej Państwowej Nagrody dla Tłumacza Literackiego 2014, duńskich nagród im. H.Ch. Andersena (2007 i 2018), Nagrody Literackiej GDYNIA 2019 za przekład poematu konceptualnego Inger Christensen alfabet oraz Nagrody Literackiej Stowarzyszenia Autorów ZAiKS, 2020.